Kobieto, czy masz gen służalczości?

„Mam Gen Służalczości” – usłyszałam ostatnio, gdy podczas przymusowego postoju, jakim jest korek, dywagowałam ze swoją przyjaciółką na tematy ważne i te poboczne.

pixabay-retro-1291608_1920Pewnym głosem rzekła – „Ja go mam, absolutnie mam, gen służalczości”
Zaśmiałam się głośno, zupełnie szczerze, a za chwile nawet perliście. Co oznacza, że już w trakcie tego mego uroczego śmiechu najlepszego rozważałam, czy jego powód jest zasadny? Cóż, przyznajcie, że taka deklaracja może brzmieć trochę zabawnie? Szczególnie gdy wypływa z ust osoby, która w oczach moich i zapewniam nie tylko, uchodzi za osobę pewną siebie, bardzo samodzielną, świetnie zorganizowaną i ponadprzeciętnie inteligentną. Jako, że dużo rozmyślam, próbuje zrozumieć otaczającą mnie rzeczywistość, postanowiłam odnaleźć źródło tej definicji w związku z tym mam kilka pytań mnie nurtujących i zachęcam do dyskusji i przemyśleń:
– Czy gen służalczości odziedziczyliśmy w spadku po naszych przodkach?
– Czy jest to może pochodna genu uległości, pieczołowicie rozwijana przez naszych rodziców podczas procesu kształtowania naszej osobowości?
– Czy może otrzymaliśmy taki gen w promocji, albo jak kto woli w bonusie stojąc w kolejce po wszelkie inne dobrodziejstwa jakie otrzymujemy jako nowy człowiek na początku swojego życia?
– Czy raczej nie jest to żaden gen, a ogólnie pojęta wygoda i wytłumaczenie dla samej siebie dlaczego czegoś nie robimy?
– A może to forma inteligentnego wirusa?

Skłaniam się ku teorii, że to pewnie cudowna kompilacja wszystkich wyżej wymienionych czynników, która spowodowała, że my kobiety w którymś momencie stwierdzamy, że nam nie wychodzi, bo jesteśmy genetycznie zepsute.

Albo co gorsze na pewnym etapie swojego życia ktoś dorzucił taki gen do sześciopaku coli w promocji w markecie, a on wparował do  naszego umysłu niemal niezauważalnie, przyjął się i z czasem przejął stery nad naszym życiem.

Bardzo ciekawym zjawiskiem jest fakt, że ów gen ma przełożenie w życiu tak prywatnym jak i  zawodowym, a co zdecydowanie najgorsze, znakomicie funkcjonować w obu światach równolegle. Po przeanalizowaniu swojej sytuacji, u mnie ten gen funkcjonuje w życiu zawodowym. Zadziwiające, że potrafiłam zbudować prywatnie partnerski związek. Gdzie nie jestem „służką”, gdzie    spixabay-erver-33895_1280mam swoje zdanie, którego nie boję się wypowiadać, gdzie mam realny wpływ na wszystkie wspólne decyzje, a w życiu zawodowym – dupa.

Zastanawiam się jak to jest, że w życiu zawodowym, nie potrafię wypracować sobie takiej partnerskiej relacji, jak równy z równym?

Czy czegoś mi brakuje? Dlaczego potrafię przynosić do firmy milionowe kontrakty otrzymując z tego marny ochłap, a nie zdecyduję się na samodzielne działanie i własną firmę? Czego się boję? Czy to ten gen, czy wygoda, bo jakoś przecież jest i to wcale nie najgorzej i po co ryzykować, bo może być gorzej?

Szczególnie, że z ust szefa otrzymuję komunikaty: „lepsze wrogiem dobrego” i po setnym takim, zaczynam w to wierzyć i nawet, ku swojemu przerażeniu zaczynam utożsamiać się z tą dewizą.

Ot ja i mój kłopot, mój gen, który właśnie zdiagnozowałam, i który przyznaje, często powoduje moje frustracje i niezadowolenie.

Jednak chcąc nie być gderą i malkontentem, staram się, aby balans życia domowego jakoś wyrównywał ten zawodowy dyskomfort. Ciekawe jak sobie radzą inne kobiety zainfekowane tym genem? Te zajmujące kluczowe stanowiska w firmach, sprawnie zarządzające w pełni kompetentne, a w życiu prywatnym nie mające nic do powiedzenia. W rozmowie z nimi na luźne tematy, nie mają swojego zdania, a w trakcie rozmowy dość często wkrada się formuła wypowiedzi:
-” a mój mąż Irek twierdzi”, że to nie ma sensu.
– „Irek” by tak nie zrobił.
– „Irek ma zawsze racje”, bo Irek wie lepiej,
a gdy nieśmiało zapytam „a co Ty sądzisz na ten temat?”
– ja?
– a jakie ma to znaczenie, co ja o tym myślę, przecież Irek powiedział…
A gdy zapytam, idziemy na zakupy?
– Irek twierdzi, że nie mamy na to pieniędzy …a nie mam żadnych zaskórniaków, poza tym Irek powiedział, że w tych teraz modnych butach będę źle wyglądać.
Itd…
pixabay-retro-1321078_1280Na pytanie, czy wyskoczymy do kina, słyszę odpowiedź:
– chętnie, ale nie wiem co na to mój mąż – muszę go zapytać o zgodę. Uwaga – nie z nim skonsultować, tylko zapytać, czy mogę? Cóż znam wiele kobiet z tym genem. Służalczością przejawiającą się w domu albo w pracy, bądź co gorsza tu i tu. To zdecydowanie najgorsza, najtrudniejsza opcja. Dotyka kobiety, które usługują w domu i w pracy. Wiodą czasem bardzo dostatnie i z zewnątrz pięknie wyglądające życie. Nie przerysowując – jak z katalogu.

To model, gdzie sukces społeczny został osiągnięty. Są piękni, świetnie ubrani i wzbudzający podziw otoczenia. Często kobieta chcąc zapewnić sobie taki status, nie wyłamuje się z obszaru, który został jej wyznaczony do w miarę swobodnego poruszania. Godzi się na wszelkie ustępstwa. Wszelkie, nawet takie, które wcześniej nie mieściły się w jej światopoglądzie.

Wyobraźmy sobie taki „korytarz”, który zostaje oddany jej do użytku, po którym może się w miarę swobodnie poruszać. Przestrzeganie zasad panujących w tym korytarzu gwarantuje jej spokój, zadowolenie męża w domu. Jednak jakakolwiek próba wychylenia się spoza niego powoduje od razu szereg spięć, pretensji, kłótni, których ona wcale nie chce.

Przecież dobrem nadrzędnym jest ciepło domu rodzinnego. Takie zaś może uzyskać tylko nie denerwując męża. Przecież on głowa rodziny, potrzebuje spokoju i harmonii, a żona musi mu to zagwarantować, a pixabay-retro-1353267_1920przynajmniej powinna wystarczająco mocno się starać. Tymczasem na drugim froncie jakim jest praca, szef oczekuje wyników, poddańczości, uwielbienia i braku sprzeciwu, bo przecież od zawsze wiadomo, że on wie lepiej. Rysuje dla niej kolejny korytarz, w którym ona często błądzi, niejednokrotnie odbijając się to od sufitu, to od ściany. Ale co tam, da radę, wytrzyma. Musi wytrzymać, bo jak nie ona, to kto. Strata pracy mogłaby przecież również podenerwować męża. Mogłaby w znaczący sposób zmienić ich wspólny wypracowany status, a tego to już chyba by nie zniósł.

Nie, – musi wytrzymać, przecież inne mają gorzej. Przecież nie jest tak źle.

Tkwią więc te kobiety z genem służalczości w tych korytarzach latami. Odbijając się nierzadko to od sufitu, to od ściany. Czasem myślą, że to całkiem dobrze, że nie muszą się wychylać, nie muszą brać na siebie odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Wówczas w razie jakiegokolwiek niepowodzenia, wina nie spadnie na nie bezpośrednio. Nikt nie będzie miał do nich pretensji.
Pracują często odtwórczo, a w domu chodzą na palcach. Jednak swój wewnętrzny bunt odreagowują przy piątkowym winie, którego często piją za dużo. Dużą nagrodą za to, że wytrzymały są częste zakupy, ale najlepiej z mężem, przecież on wie lepiej co dla niej dobre, a rzadziej cudowne wakacje, na których zdarza się, że myślą, że warto jest być „służącą”.

Nie bez uwagi są pewne wewnętrzne uwarunkowania jakie posiadamy. Na pewno są osoby, u których ten gen ujawnia się szybciej i intensywniej,  a są takie które na takie geny czyhające w ukryciu pozostają obojętne.

Śmiem twierdzić, że kobiety wywodzące się z domu, gdzie ojciec zawsze miał rację, gdzie nikt nie liczył się z ich zdaniem, gdzie nie daj Boże miały brata, który zawsze wiedział wszystko lepiej, błyszczał w towarzystwie i był wielbiony bez względu na to co by zrobił, mogą być pewne, że w niedługiej przyszłości gen służalczości zaatakuje je za rogiem ulicy i nie wiedzieć kiedy, będą służyć oddanie mężowi bądź szefowi.

pixabay-argument-238529_1920Jestem kobietą i stanowczo mówię dość!

Nie chcę dalej usługiwać komukolwiek wbrew sobie. Obudziłam się i pewnego dnia stwierdziłam, że niewiele mi czasu zostało, by zawalczyć o siebie. A może to nie było obudzenie tylko ten moment kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem mam ten  genem i nagle wbrew wszystkiemu i wszystkim, ze wszystkich sił zechciałam się go pozbyć. Skoro został zdiagnozowany, to łatwiej będzie mi z nim walczyć.

Kobieta