Proszę, zapomnijmy na chwilę, że w tym roku 26 maja był także dniem wyborów, dniem głosowania, dniem politycznym. Proszę. Niech przez te parę setek słów pozostanie w naszej pamięci tym, czym jest przede wszystkim – Dniem Matki. Dniem Matki, który obchodziliśmy kilka miesięcy temu i który zawsze jest dla mnie czymś szczególnym – tak jak moja relacja z moją matką.

Relacja z własną matką jest chyba jedną z relacji najbardziej wymagających i najbardziej niedocenionych przez współczesną kulturę popularną. Nie zliczę, ile już widziałam i czytałam historii z serii „silna kobieta – dobra i twórcza relacja z silnym ojcem”. Fajnie, dobre relacje z ojcem to dobra rzecz. Ale historie w formie „silna kobieta – dobra i twórcza relacja z silną matką” znajduję znacznie rzadziej. Czasem mam wrażenie, że popkultura matek się wstydzi. Nie, nie tych matek, które „spełniają swój obywatelski obowiązek” w postaci urodzenia dziecka / gromady dzieci i przygotowania ich do grzecznego powielania „jedynych słusznych” wzorców społecznych. Nie, nie tych. Wstydzi się tych matek, które wbrew „jedynym słusznym” wzorcom społecznym mówią swoim córkom: rób po swojemu. Sama szukaj, sprawdzaj i wybieraj. Może oberwiesz po głowie, może dostaniesz takiego kopniaka, że się wywrócisz – ale dasz radę wstać, dasz radę iść dalej, dasz radę biec i dotrzeć do mety. Do twojej własnej mety, niczyjej innej.

Thrillery, horrory, sensacyjne, dramaty, komedie. Zwłaszcza filmy, choć książki też. Mam w głowie całą masę filmowych bohaterek – ciekawych, odchodzących od banału i schematu, przynajmniej częściowo – które mają przy sobie lub we wspomnieniach silnego ojca, a relacja z nim wpłynęła na ich charakter, nierzadko też na ich wybory zawodowe. W tych ciekawych obrazach rodzinnych matka tak często jest potraktowana per noga: w najlepszym razie funkcjonuje gdzieś na obrzeżach, grzecznie czekając, aż mąż i córka wrócą z podbijania świata w domowe pielesze; w gorszych przypadkach – utrudnia, jest toksyczna, odchodzi, umiera. Najlepiej, gdy umiera, wtedy bohaterka może mieć sytuację „czystą” (bo bez zgrzytów domowych) i traumatyczną (śmierć matki) jednocześnie. No i z głowy mamy pytanie, czy ojciec-mąż przypadkiem też się nie przyczynił do zepsucia klimatu i komunikacji w domu, w końcu matka nie żyje, więc jest spokój, a żywi absolutnie niewinni.

Nie mam nic przeciwko postaciom silnych ojców. Po prostu brakuje mi większej liczby postaci silnych matek – silnych i jednocześnie pozytywnych, istotnych, wpływających w istotny i twórczy sposób na bohaterki-córki.

Z jakiejś książki czy któregoś artykułu poświęconego psychologii pamiętam taką informację, mocno wywracającą stereotypowy filmowy obrazek: dziewczynka staje się silnym człowiekiem nie dzięki oparciu o postać ojca, tylko – matki. Bo to matka wyznacza jej widzenie kobiecości, bycia kobietą i relacji kobieta – cały świat. Silna córka to przede wszystkim efekt silnej matki. Możliwe, że pisała o tym Mary Pipher w „Ocalić Ofelię”, tam w każdym razie również było pokazywane znaczenie, jakie dla rozwoju charakteru, osobowości, poczucia własnej wartości i odwagi życiowej każdej dziewczyny ma jej matka oraz to, co jako kobieta, jako człowiek sobą reprezentuje.

Co w tym tak naprawdę dziwnego? Kto ma być dla mnie prymarnym wzorcem owego „ja, człowiek i kobieta”, jeśli nie moja matka – pierwszy człowiek-kobieta, z którym miałam kontakt od urodzenia?

No właśnie.

We współczesnym dyskursie (pop)psychologicznym sporo się mówi o tym, że dorosły człowiek musi odejść od swoich rodziców, odciąć różne dziecięce więzy, uniezależnić się etc. OK, zgoda, na pewnym poziomie to rzeczywiście słuszne. Nie mówi się jednak (w każdym razie niezbyt głośno) o czymś innym – że musi też do tych rodziców powrócić, w podwójnej roli – wciąż dziecka (bo tym dla rodziców nie przestanie być) i już dorosłego. Może również na tym polega dorosłość – na umiejętności uszanowania owego „ja-dziecko” obecnego wciąż w umysłach rodziców i wprowadzenia oraz jednocześnie utrzymania w sobie i w nich formy siebie-dorosłego.

Ile z Was powróciło, już jako dorosłe kobiety, do swoich matek – jako dorosłe właśnie, bardziej jako partnerki, przyjaciółki lub koleżanki niż jako córki? Ile z Was wspomina te relacje matka-córka jako coś mocnego, wspierającego, wyznaczającego pewne istotne punkty podparcia w życiu?

Pamiętam uwagi niektórych koleżanek z liceum: gdybym miała taką matkę jak ty, to nawet bym z nią rozmawiała; w życiu nie porozmawiałabym z moją matką tak jak ty ze swoją, nie dałoby się; moja matka z miejsca wygrzebałaby mi z każdego schowka pamiętnik czy list i przeczytała, twoja naprawdę tak nie robi?, łał, masz farta.

Zainteresowaniami czytelniczymi, muzycznymi, historycznymi bliżej mi do ojca; mamy sporo wspólnych ulubionych autorów, mój gust muzyczny wychodzi od ojcowskiego zestawu z Queen, ELO, Pink Floydem, Dire Straits czy Vangelisem na czele (szkoda, że nie zdołałam przekonać ojca do metalu i niemieckiego punkrocka), o historii i polityce możemy dyskutować (bardzo intensywnie i emocjonalnie) godzinami. Ale jeśli jestem choć w minimalnym stopniu silną i ogarniętą życiowo babą – a mam nadzieję, że jestem – to jestem taka dlatego, że silną i ogarniętą życiowo babą jest moja matka. Bo pewnych rzeczy związanych z byciem kobietą we współczesnym świecie (a czasem i wbrew współczesnemu światu) ojciec, mimo najlepszych chęci, nie zdołałby mi pokazać. Kto pamięta z „Rodziny Połanieckich” piękne stwierdzenie pani Broniczowej: „Józio nigdy nie był matką – i nic nie rozumie!”? No właśnie. Ojciec nigdy nie był matką, więc – sorry, Winnetou – pewnych rzeczy zwyczajnie nie zna. Kto nie był babą, nie ma zielonego pojęcia, z czym to się je.

Uwielbiam silne kobiety. Silne matki i niematki. Po prostu silne baby – ciekawe, poszukujące, z głową pełną własnych, nie cudzych, pomysłów na siebie.

Uwielbiam matki, które potrafią żyć życiem – swoim, nie tylko swoich dzieci. Matki, które mają własne pasje, zainteresowania, potrzeby – i potrafią im również dać prawo do istnienia. Nie dajmy sobie wmówić, że „prawdziwa matka, patriotyczna matka” to ta, która wyprze się siebie, zrezygnuje ze wszystkiego, co kiedykolwiek ją cieszyło, by „poświęcić się dziecku”. Co to za przyjemność pomyśleć jako dorosła kobieta: „Moja matka zrezygnowała dla mnie ze wszystkiego”? I co może być bardziej obciążającego psychicznie dla dziecka niż sygnał „Poświęciłam dla ciebie wszystko, ze wszystkiego dla ciebie zrezygnowałam”?

Uwielbiam matki, które pozostają ludźmi, kobietami. To wbrew pozorom wcale nie takie oczywiste, zwłaszcza dziś, gdy popdyskurs w naszym kraju wysyła sygnały „prawdziwa kobieta i matka nie widzi nic poza dzieckiem”. Patrzę na różne kobiety, które spełniają się zawodowo, mają pasje, dbają, by zachować jakąś przestrzeń tylko dla siebie – i myślę sobie: „Tak, te matki są fajnym, wartościowym przykładem dla swoich córek”. Widzę nieraz te córki, powoli dorastające i rozpoczynające własne poszukiwania, z takim dającym się dostrzec nastawieniem „mogę, chcę, potrafię”. To się nie bierze z niczego. To się bierze z silnej, mądrej matki, która dba również o siebie.

Uwielbiam matki, które nie narzucają swoich przekonań, stylu życia, marzeń; nie narzucają ich innym ludziom, w tym własnym dzieciom. Szczególnie dziewczynkom. Matka, która pośrednio lub bezpośrednio wysyła sygnał „Musisz żyć tak, jak ja żyłam” lub „Musisz spełnić moje marzenia, bo ja ich nie spełniłam”, nie jest żadnym wsparciem ani inspiracją. Matka, która potrafi pokazać, powiedzieć: „Szukaj swoich dróg, nawet jeśli będą kompletnie inne niż moje” – tak, to jest prawdziwa matka, matka przez duże „M”, matka, która stanowi wsparcie nawet wtedy, gdy nie ma jej obok. Matka, jaką mam szczęście mieć. Matka, której być może część z Was, już dzietnych, nigdy nie miała – ale którą sama może się stać. Oberwiecie po głowie od popdyskursu społecznego w tym kraju, który nie lubi (przynajmniej obecnie) matek wyłamujących się ze stereotypów; ale za to za kilkanaście, kilkadziesiąt lat dostaniecie nagrodę w postaci zadowolonej z życia córki. Może usłyszycie to w twarz. Może w formie pośredniej. Może nigdy – bo nie każdy potrafi o tym mówić, nie każdy nawet potrafi sobie z tego zdać sprawę; jeśli jednak po człowieku, który jest Waszym dzieckiem, widać spełnienie i radość życia, co może być lepszym dowodem na to, że się Wam udało?

Od paru lat coraz wyraźniej dostrzegam w sobie wiele elementów charakteru żywcem wyjętych z charakteru mojej matki (nieraz jeszcze nasilonych i powiększonych). Po trzydziestce zaczęłam się do nich sama przed sobą świadomie przyznawać (zobaczcie, jaki to paradoks: gdy mamy naście lat, krzyczymy, że prędzej własnoręcznie sobie łeb urwiemy, niż staniemy się takie jak nasze matki; po dwudziestce zaczynamy dostrzegać podobieństwa i to nas przeraża; po trzydziestce zaczynamy dostrzegać pozytywy tych podobieństw i to nas nawet cieszy). Po trzydziestce zaczęłam je doceniać. Po trzydziestce nauczyłam się mówić własnej matce: „Fajnie, że ten element mam po tobie “.

Która z Was potrafi powiedzieć, choćby samej sobie: „Mam to po swojej matce”? Która z Was potrafi, choćby w głębi siebie, cieszyć się z tego? Która z Was widziała film, czytała książkę, w którym / w której bohaterka wie, że jej silne punkty przynajmniej częściowo istnieją dzięki temu, że matka była dla nich silnym, wartościowym wzorem? Trzymajcie to uczucie, te tytułu w głowie. Są bezcenne.

Za mało mamy silnych, mądrych, pielęgnujących także własne marzenia i potrzeby matek w popkulturze. Za mało mamy w popkulturze kobiet, które swoją siłę, pasję, odwagę czerpią z dobrych relacji z matką. Za mało mamy w popkulturze matek, które są nie tylko matkami, lecz – przede wszystkim – ludźmi. Za mało. I to nie tylko w popkulturze.

Mamo, dzięki, że jesteś silną, charakterną, odważną babą. Babą, jaką ja też staram się być. Bo mam do tego dobry, mocny wzór.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.