ZWIĄZEK NIE (Z)ROBI SIĘ SAM

Ponad rok temu czytałam pewien thriller – „I że cię nie opuszczę” Michelle Richmond. W oryginale tytuł brzmi „The Marriage Pact”, co znacznie lepiej oddaje sens całej historii i kluczową koncepcję „paktu małżeńskiego”. Kreatywno-nadinterpretacyjno-alternatywne pomysły naszych polskich tłumaczy zawsze wprawiają mnie w niezły stupor (nieraz bardzo długi i trudny do przegonienia), ale chwilowo odsuńmy tę sprawę na bok. „I że cię nie opuszczę” jest dobrym thrillerem, tylko w gruncie rzeczy szkoda, że tak wielu czytelników odczyta go wyłącznie jako thriller; a decyzja podjęta na końcu przez głównych bohaterów pewnie zostanie przyjęta jako jedyna właściwa, „prawdziwie romantyczna” i „wolna od kalkulacji”.

W „I że cię nie opuszczę” wszystko zaczyna się od chwili, gdy świeżo upieczeni małżonkowie przystępują do tytułowego „paktu”, a w zasadzie do praktykującego go ogromnego stowarzyszenia małżeństw. O co chodzi w pakcie? Jak wyjaśnia w swoistej „instrukcji obsługi” jego twórczyni, chodzi o świadome, codzienne i planowane dbanie o związek. O to, by pozostawać dla siebie atrakcyjnymi, by świętować różne okazje, a także świętować brak okazji, by pilnować wspólnego spędzania czasu, wyjazdów, pamiętania o tym, co lubi druga osoba etc. Jednym słowem – by nad związkiem pracować i go rozwijać.

Wszystko to w zapisie „paktu” wygląda ładnie i dobrze się sprawdza, ale potem, jak zwykle, pojawia się parę osób, które chciałyby większy kawałek sera niż reszta, zaczyna się walka o władzę, wszyscy tłuką wszystkich (bardzo uproszczony spoiler), a na końcu główni bohaterowie (uwaga, spoiler do kwadratu) dostają propozycję: „To teraz wy zaproponujcie swoją lepszą wersję”, na co mówią: „E, nie, my tego nie potrzebujemy” i idą w siną dal, w blasku księżyca, wśród tęczy i lelouchowskich ujęć… no dobra, zagalopowałam się. W każdym razie stwierdzają mniej więcej: „My się naprawdę kochamy, więc nie potrzebujemy głupich paktów i reszty, jesteśmy lepsi od tych, którzy chcą świadomie nad związkiem pracować”. I koniec historii; co dalej – zależy od przewidywań czytelnika.

Thriller, jak wspominałam, dobry. Ale historia tego paktu ma, a przynajmniej mogłaby mieć, nieco głębszy sens. Bo sam pomysł z tego rodzaju paktem (choć może niekoniecznie w takiej zinstytucjonalizowanej i wypełnionej zasadami kodeksu karnego formie) głupi nie jest. Nawet wręcz przeciwnie.

To, co uderzyło mnie niemal od początku książki Richmond, to uświadomienie sobie (zresztą nie po raz pierwszy, a w okolicach walentynek wyjątkowo wyraźnie), w jaki sposób w naszej kulturze mówi się o związkach. W jaki bezmyślny, lekkomyślny, romantyczno-sentymentalno-pretensjonalny sposób, naznaczony bzdurnym oczekiwaniem telepatii i destrukcyjnym nakładaniem na innych odpowiedzialności za nasze szczęście. Uruchamiane są te idiotyczne przekazy rodem z „komedii romantycznych”, „romantycznych seriali komediowych” i innych „wzruszających historii prawdziwych miłości”. Znacie je – znacie je wszystkie. To hasełko „i żyli długo i szczęśliwie”, bujda na resorach, udająca, że w naprawdę udanym związku nie zdarzają się chwile gorsze, smutniejsze, trudniejsze. To założenie „jeśli rzeczywiście kocha, to się domyśli”, za które powinno się dostawać mandat na równowartość trzech pensji i karnego jeżyka na miesiąc. To oczekiwanie, że druga osoba będzie naszą „drugą połówką” i samym swoim pojawieniem się przegoni wszystkie problemy, od niskiej samooceny, poprzez życiowe nieogarnięcie, aż po zalegający kredyt i zapchany zlew włącznie. To przekonanie, że „miłość dobrej kobiety” zrobi z drania anioła, z buca – wrażliwca, a z mizoginistycznego imbecyla – pełnego feministycznych haseł intelektualistę. I wreszcie – last but not least – to funkcjonujące na prawach dogmatu stwierdzenie, że dobry związek zrobi się sam, bo prawdziwa miłość nie potrzebuje niczego, tylko tego, by się dwoje ludzi kochało.

Gdyby którykolwiek z tych aksjomatów był choć w jednej dziesiątej prawdziwy, wszyscy terapeuci par płakaliby gorzko na bezrobociu, a prawnicy od rozwodów wyrywaliby im darmowe chusteczki higieniczne upolowane w okienku Urzędu Pracy.

Mamy idiotyczny sposób mówienia oraz myślenia o związkach i o tym, co uważamy za „prawdziwą miłość”. To takie myślenie pseudopostszlacheckie. Prawdziwa szlachta nie kalała się pracą rozumianą jako zarabianie na życie, by się utrzymać od pierwszego do pierwszego (zdegenerowaną formę tego poglądu znajdziemy dziś w fejsowych opisach „Szlachta nie pracuje” u ludzi, którzy rzeczywiście się pracą nie skalali, bo po co, skoro można po „szlachecku” pasożytować na socjalach, i którzy nie widzą potężnej przepaści między dawną szlachtą, legitymującą się wykształceniem, tradycją i jakimś wkładem w kulturę, a współczesnymi sobą, legitymującymi się… durnym opisem na fejsie, szczytem swoich możliwości). Prawdziwa miłość z kolei nie kala się pracą zakochanych nad związkiem. W końcu Romeo i Julia nie dyskutowali, co zrobią, gdy za kilka lat będą przechodzić wspólnie trudniejsze momenty, Kopciuszek i Królewicz nie dogadywali wpływu różnic społecznych na codzienne decyzje budżetowo-rozrywkowe, a Calineczka nie zaczepiała rano Króla Elfów z pytaniem: „Hej, w sumie czemu my od pół roku nigdzie razem nie wyszliśmy, tylko się tak mijamy między śniadaniem a kolacją?”. No nie, to były przecież Prawdziwe Miłości, które nie potrzebują żadnej pracy, dbania i rozwoju, tak jak Superman nigdy nie potrzebował skoczyć na stronę w czasie najcięższych walk. Superman w toi toiu, zaplątany w swoje czerwone gatki i niebieskie rajstopy – to równie nierealne, jak baśniowa Prawdziwa Miłość zastanawiająca się, czemu po pięciu latach nie jest już tak samo jako po pierwszych pięciu tygodniach.

Nakarmieni tym wszystkim, z porażającą łatwością zapominamy, że w realnym życiu realni ludzie chodzą do toalety (czasem nawet w mało odpowiednich momentach), a realne związki zmieniają się z upływem czasu i potrzebują troski. Pracy. Wody. Nikt nie oczekuje, że kwiaty urosną bez podlewania, ale swoje najbliższe relacje chętnie trzymamy o suchym pysku i jeszcze pytamy z pretensją: „No gdzie te rozkwitające feerią barw pąki?”.

W powieści Richmond zachwycił mnie sam pomysł: praca nad związkiem, nad jego rozwojem i dobrostanem, jako działanie ciągłe, wieloaspektowe, zorganizowane. Jako zadanie. Zadanie i zadaniowość to nie są słowa, które nasza kultura lubi zestawiać z miłością i związkami, i nic dziwnego, bo zadanie i zadaniowość oznacza przejście z romantycznie-egzaltowanego okrzyku: „Jakie ona ma piękne oczy, jak on romantycznie spogląda!” do logiczno-konkretnego (dwa okropne słowa) pytania: „Co możemy zrobić, żeby za te pięć lat szaleć za sobą tak jak teraz?”. I do masy innych pytań, które nie ociekają sentymentalną słodyczą; pytań, przed którymi i tak nie uciekniemy, tylko możemy je zadać sami sobie w tej chwili albo poczekać ileś czasu na moment, w którym zada je nam psychoterapeuta par, który z zawodowym brakiem zaskoczenia popatrzy na nas i naszą „drugą połowę”, siedzących plecami do siebie na dwóch krańcach gabinetowej kozetki.

Widziałam już sporo filmów z serii „podstarzałe małżeństwo zaczyna świadomie pracować nad związkiem, czasem z pomocą przyjaciół, czasem psychoterapeuty, czasem wariackiego poradnika”. Nieźle się oglądało i było w tym sporo sensownych scen. Szkoda tylko, że ani razu jeszcze nie zobaczyłam filmu w rodzaju „młody związek świadomie pracuje nad sobą i swoją jakością już teraz zamiast za trzydzieści lat”. No tak, nie byłoby tak śmiesznie jak w przypadku „seniorów na kozetce” i scenarzysta musiałby się bardziej namęczyć, by wymyślić jakąś sensowną fabułę. Lepiej poczekać te trzydzieści lat, aż nasza para zawali swój związek i będzie przez cały film musiała odgruzowywać to, co kiedyś nazywała wielką miłością.

Brakuje mi opowieści o miłości jako pracy nad relacją. Nie o zakochaniu, chwilowym zapartym oddechu, paru momentach zawrotu głowy, wielkim uczuciu, które pokonuje smoki; nie o odnajdywaniu się po latach gubienia się i wielce zabawnym zdziwieniu w rodzaju „O, zawsze miałaś niebieskie oczy? Jakoś przez ostatnie trzydzieści lat związku nie zauważyłem, tyle było spraw”; nie o czymś, co rozumie się samo przez się i zawsze jest, więc nie ma potrzeby o tym gadać. Chciałabym zmiany narracji o miłości. Czekam na historie miłosne, w których ludzie od samego początku myślą o tym, jak chcieliby swój związek budować; którzy świadomie szukają najlepszych sposobów rozmawiania ze sobą, celebrowania codzienności, uświetniania wyjątkowych chwil, dbania o intymność, namiętność, zaangażowanie; którzy widzą bycie razem jako zjawisko wieloaspektowe i wielozadaniowe – jako wieloelementowe zadanie, które warto realizować krok po kroku. Jako zadanie, którego zadaniowość wcale nie zniechęca, nie przeraża, nie zaprzecza uczuciu – a wręcz przeciwnie: zachęca, uspokaja, potwierdza.

Marzy mi się taka właśnie historia o miłości. Być może całkowicie sprzeczna z formułą walentynek i okolic. Być może nie do przełknięcia dla osób, które wierzą w drugie połówki, związki dusz i porozumienie bez słów. Być może, w samej swej esencji – do bólu romantyczna.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Prorektor ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.