PIERWSZY RAZ W CHMURACH (BEZ HŁASKI)

Moja inicjacja lotnicza była bardzo późna, po trzydziestce. Ten pierwszy raz w chmurach przeżywałam koszmarnie: najpierw przez dwa tygodnie przez podróżą chodziłam z przerażenia po ścianach i sprawdzałam co chwila, czy moje ubezpieczenie aby na pewno pokrywa transport zwłok, potem jeszcze poczułam się jak terrorystka, bo pikałam na lotnisku Tegel (pikanie nie zdarzyło mi się później ani we Włoszech, ani w Serbii, tylko te nieszczęsne Niemcy tak mnie stresująco wypikały…), a gdy wsiadłam na pokład, jakiś uroczy pan (bądź przeklęty, bezmyślnie i beznadziejnie dowcipny współpasażerze!) powiedział coś takiego: „Te linie mają straszny złom, będzie cud, jak się ten samolot w powietrzu nie rozleci”.

Usiadłam na swoim miejscu i zadawałam sobie to samo pytanie, które zadawałam sobie kilka lat wcześniej, ledwo ruszyłam w kabinie koła widokowego w Gdyni. Pytanie było proste, logiczne i tragiczne: co ja, do ciężkiej cholery, zrobiłam?!

Panika w kabinie koła widokowego była bardziej ukryta, ale za to trwała całe pięć czy sześć obrotów. Panika w samolocie była o wiele wyrazistsza: z przerażenia popłynęły mi łzy z oczu. Płynęły tak przez całe kołowanie na pasie. A potem…

A potem, gdy się podrywaliśmy do lotu – łzy zniknęły. Oddech też, na ładnych parę sekund. Tylko nie ze strachu – z zachwytu.

Ten moment, gdy samolot unosi się pierwsze kilka, kilkanaście centymetrów. Gdy ja się unoszę, ja cała, wraz z samolotem, a może niezależnie od niego; gdy staję się tak lekka, prawie nieważka, a mój żołądek i moje płuca unoszą się gdzieś jakby obok, w zabawny, trochę łaskoczący sposób. Ten moment, gdy oddech wydaje się pełniejszy. I kolejny moment, gdy wznosimy się w górę i w górę; ciśnienie wbija mnie gdzieś od połowy żeber w fotel i robię się tak ciężka, że mogłabym rozbijać wieżowce, ale od ramion aż po czubek głowy jestem lekka, lekka jak powietrze, aż wyciąga mnie ponad fotel, i tak się sama w sobie rozciągam, niczym wstążka, a ziemia, tak prawdziwa, bliska i drobiazgowa, staje się coraz mniej konkretna, coraz bardziej odległa, coraz wyraziściej nieprawdziwa. To nie ziemia, to kwadraty i prostokąty kolorów, poprzecinane cieńszymi i grubszymi liniami. To nie miasta, to dywan o śmiesznym wzorze. To nie rzeczywistość, to coś, w co kilkanaście kilometrów nad ziemią już nie potrafię uwierzyć.

To nie ja w fotelu, to jakaś lżejsza forma mnie, forma, która potrafi się wznosić. Wprawdzie po osiągnięciu przewidzianej wysokości kończy się to najintensywniejsze, najpiękniejsze przeżycie – ale co jakiś czas łagodniejsze odczucie unoszenia się powraca. Ta lekkość, która wypełnia mnie niczym hel wypełnia balon; ta lekkość, która przez cały lot tkwi w klatce piersiowej, ramionach, gardle – uderza chwilami do głowy. Ileś kilometrów nad ziemią, w ciężkiej skorupie samolotu, uwolniona od własnego ciężaru – naprawdę jestem poza światem, zdystansowana, uwolniona. I to uwolniona w iście paradoksalny sposób: uciekłam od świata w miejsce, w którym nie mam dokąd uciec.

Właśnie dlatego tak mnie przerażała kiedyś myśl o lataniu. Samochód, pociąg, statek – poruszają się po jakimś podłożu, na którym przynajmniej teoretycznie mam szansę przeżyć. Ziemia. Szyny. Morze. Może, w razie wypadku, zdołam bezpiecznie upaść. Może, w razie wypadku, komuś uda się wyhamować. Może, w razie wypadku, ja dopłynę albo po mnie dopłyną. Ale w samolocie? W powietrzu?

Starożytni Grecy bali się morza, określali je mianem „locus horridus” – „miejsce straszne, miejsce przerażające”. Nie mieli racji; to nie morze jest przerażające – najbardziej przerażające jest powietrze, przestrzeń zupełnie na człowieka obojętna, pozbawiona punktu zaczepienia, strony prawej i strony lewej, góry i dołu. W powietrzu  jest tylko dół – dół, dół, dół, w który spadasz. Żadnych szans. Żadnej nadziei. Żadnego złudzenia.

Tak to widziałam.

W gruncie rzeczy w moim widzeniu niewiele się zmieniło – nadal uważam, że przestrzeń powietrzna to miejsce największej grozy, gorszej od Cthulhu i paczki jego kumpli Przedwiecznych. Nadal zdaję sobie sprawę, że wchodząc na pokład samolotu, zrzekam się wszelkiej szansy, rezygnuję z nadziei, chowam złudzenia. O nic się nie zaczepię. Nigdzie nie zahamuję. Nijak nie dopłynę.

Za to – uniosę się. Uniosę się ponad ziemię, ponad innych ludzi, poza moje codzienne życie. Ponad samą siebie.

W pewien przerażająco zachwycający sposób – to przeżycie jest warte swojej grozy. Ba, nawet ją przewyższa. Wylatuje ponad nią.

Być przez chwilę ponad światem, ponad wszystkim, w czego istnienie się wierzyło (kto by teraz w to wierzył, teraz, gdy wielkie miasta to kolorowe paski, a wszelkie irytujące ludziska, instytucje i zobowiązania kompletnie pożarła odległość?) – tak, to warte jest tak absolutnej utraty kontroli. Może wręcz ta utrata kontroli bywa potrzebna – by przypomnieć sobie, że nawet największy control freak nie zdoła pokonać pewnych granic, nie zdoła skontrolować wszystkiego, nie będzie zawsze dyktował rzeczywistości własnych warunków?

Latanie uczy pokory. Pokory wobec przekonania, że odpowiedni poziom wewnętrznego control freaka zdoła zawsze zapanować nad czasoprzestrzenią.

Latanie uczy też zachwytu. Tak, tą utratą kontroli, tym absolutnym poddaniem się powietrznej przestrzeni i zgodą „co będzie, to będzie” – można się zachwycić. To nadal przerażający zachwyt, ale zachwyt zachwycający. Taki paradoks. Taki sam paradoks jak ten, który odkrywa Ochocki: przecież wszystko, co się w powietrzu unosi, poczynając od muchy, a kończąc na orle, jest od powietrza cięższe!

Gdy w czasie lotu połowa człowieka wgniata się w fotel, a połowa unosi się ponad ramiona, gdy uszy na zmianę się zatykają i odtykają (że się zatkały, orientuję się dopiero wtedy, gdy nagle zaczynam wyraźniej słyszeć i stwierdzam, że o, odetkały mi się), gdy wszystko za oknem wygląda jak kolorowanka – do głowy mogą przyjść znacznie bardziej zaskakujące rzeczy niż fragmenty „Lalki”. Na przykład – że już się nie boisz. Nie tylko latania. Również utraty kontroli.

W gruncie rzeczy najsmutniejszy w lataniu jest moment lądowania. To już nie takie unoszenie się jak przy starcie – to głównie wbijanie w fotel. Świat nabiera konkretności, bliskości, realności. Pełna słyszalność powraca, normalna waga znów ciąży zgodnie z prawem grawitacji. Jest – realnie. Zwyczajnie. Naziemnie.

Dobrze znów stać na stałym gruncie, mieć żołądek w jednym miejscu i widzieć przedmioty w ich prawdziwych proporcjach. Dobrze, znajomo, bezpiecznie. I trochę – banalnie. Banalniej niż przed lotem.

Pokochałam latanie od tamtego pierwszego razu w chmurach. Pokochałam tak mocno, że obecnie każdy start przeżywam niczym powtarzalnie niepowtarzalne arcydzieło, a fizyczne odczucia podczas unoszenia się w powietrzu wprawiają mnie w ekstazę.

Ach, i chmury. Chmury otulające skrzyło samolotu, chmury wyglądające jak śnieżne góry, chmury udające gładką taflę lodu. Dopiero podczas pierwszego lotu naprawdę uwierzyłam w chmury. Dopiero w czasie lotu nabrały dla mnie sensu.

Ten rok zaczęłam samolotowo. Lot w niedzielę, lot w środę. Kolejny raz krok w chmurach. Lotnicza ekstaza.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.