OBSESJA, KTÓRA NIE BYŁA OBSESJĄ, I KILKA BZDUR O ŻYCIU, KTÓRE JEST SZTUKĄ. Felieton Barbary Popiel

[fusion_builder_container type=”flex” hundred_percent=”no” equal_height_columns=”no” menu_anchor=”” hide_on_mobile=”small-visibility,medium-visibility,large-visibility” class=”” id=”” background_color=”” background_image=”” background_position=”center center” background_repeat=”no-repeat” fade=”no” background_parallax=”none” parallax_speed=”0.3″ video_mp4=”” video_webm=”” video_ogv=”” video_url=”” video_aspect_ratio=”16:9″ video_loop=”yes” video_mute=”yes” overlay_color=”” video_preview_image=”” border_color=”” border_style=”solid” padding_top=”” padding_bottom=”” padding_left=”” padding_right=””][fusion_builder_row][fusion_builder_column type=”1_1″ layout=”1_1″ background_position=”left top” background_color=”” border_color=”” border_style=”solid” border_position=”all” spacing=”yes” background_image=”” background_repeat=”no-repeat” padding_top=”” padding_right=”” padding_bottom=”” padding_left=”” margin_top=”0px” margin_bottom=”0px” class=”” id=”” animation_type=”” animation_speed=”0.3″ animation_direction=”left” hide_on_mobile=”small-visibility,medium-visibility,large-visibility” center_content=”no” last=”true” min_height=”” hover_type=”none” link=”” border_sizes_top=”” border_sizes_bottom=”” border_sizes_left=”” border_sizes_right=”” first=”true”][fusion_text]

Najpierw przyciągnęła mnie okładka. Biel i czerwień zawsze były ciekawym połączeniem, świetnie tu zresztą dopasowanym: białe pióra i czerwone usta oraz tytuł. Twarz właściwie gdzieś w tym ginie, zostają dwa elementy: białe pióra i czerwone usta. Pasuje. Jedna z bohaterek stale ubiera się w ekstrawaganckie stroje, w których pióra są często naturalnym dodatkiem; i tak mogę widzieć Lavinię za każdym razem, gdy o niej myślę, całą w piórach, w białych piórach, w tej pierzastej bieli, która wcale nie symbolizuje niewinności, lecz naiwność – naiwność, kompletny brak znajomości życia i… no dobrze, powiedzmy sobie szczerze: i głupotę. Taką życiową głupotę.

Czerwień? Teoretycznie to Lavinia żyje „pełnią życia” (całonocne imprezy, bogactwo, piękne mieszkanie, możliwość zaspokojenia od ręki każdej zachcianki); ale rzeczywiste prawdziwe życie zna Louise – życie pełne zmagań, życie, w którym porażka ociera się o sukces, a sukces podpiera porażkę; życie, w którym są wzloty i upadki, gorycz tego, co było i nie wróci lub czego nie będzie, bo po prostu wiesz, że nie ma na to szans i zaczynasz się z tym godzić, zwłaszcza teraz, gdy dobijasz do trzydziestki; życie, które zwyczajnie wymaga tego, by czasem stanąć obiema nogami na ziemi i zastanowić się: jak ogarnąć pracę, jak ogarnąć siebie, jak ogarnąć rachunki? I choć Lavinia kojarzy się z „życiem z marzeń”, pełnym energii, pulsującym i iskrzącym, to jednak czerwień – czerwień życia, siły i krwi – przynależy do Louise. Do Louise, która będzie miała krew Lavinii na rękach. Do Louise, która w jednym dniu żyje więcej, bardziej i prawdziwiej, niż Lavinia zdołała przeżyć przez swoje dwadzieścia trzy lata.

„Obsesja” Tary Isabelli Burton jest specyficzną książką. Zacznijmy od tego nieszczęsnego tytułu, o którym niedawno pisałam: trzeba się naprawdę wysilić, by strzelić taką formę tłumaczenia słów „Social Creature”; i trzeba, w moim odczuciu, nieźle się nagimnastykować interpretacyjnie, by wybrać właśnie obsesję na polski odpowiednik oryginału. „Social Creature” jest rzeczywiście odrobinę nie do przełożenia – „stworzenie społeczne” czy „stworzenie towarzyskie” nie do końca pasuje, bo należy uwzględnić jeszcze nawiązanie do „social media”, a to jest właśnie wielka miłość Lavinii: socmedia. „Zróbmy sobie selfie” to chyba zdanie, które pada najczęściej z ust tej bogatej panny, mieszkającej w apartamencie rodziców (którzy z kolei mieszkają w Paryżu), przebywającej na urlopie dziekańskim, bo „pisze książkę”, piszącej idiotyczną, grafomańską powiatskę o dziewczynie, która żyje sztuką przez duże „S”, i potrzebującej stałej obecności jakiejś przyjaciółki-wielbicielki. Gdziekolwiek jest Lavinia, tam jest jej Facebook; Lavinia musi mieć selfie, robić selfie, wrzucać selfie, oznaczać się z kimś w danym miejscu; Lavinia musi być w sieci, żeby być w życiu. W gruncie rzeczy, gdyby w jakikolwiek sposób bronić polskiego tytułu (który nadal mnie boli), można by uznać, że to jest właśnie ta obsesja: obsesja Lavinii na punkcie social mediów; obsesja, która niebawem pozwoli jej zabójczyni ukryć zabójstwo i utrzymywać w socmedialnej społeczności przekonanie, że Lavinia jak najbardziej żyje i ma się dobrze, tylko znów wymyśla jakieś głupoty.

„Obsesja” to bolesna książka, bo dogrzebuje się do samego sedna tego czegoś, co tkwi w wielu z nas (w większości? We wszystkich – chociaż przez ułamek życia?): pragnienia, by być kimś innym, kimś lepszym, bogatszym, prowadzącym ciekawsze życie. Pragnienia, które doprowadza Louise na skraj wszystkiego: własnej godności (staje się narzędziem – i godzi się z tym, i jeszcze walczy, by dalej nim pozostać, by nie podzielić losu innych dziewczyn, które Lavinia przygarnęła, przywiązała i porzuciła), własnej niezależności (finansowej, przestrzennej, czasowej, emocjonalno-relacyjnej), wreszcie własnej wolności i osobowości (bo udawanie Lavinii, choć nastawione przede wszystkim na podtrzymanie pozorów, było przecież i podniecające, i przyjemne, i chyba nawet nieco uzależniające). „Obsesja” jest bolesna, bo prowokuje pytanie: gdyby przede mną, przed Tobą, stanęła taka Lavinia i chciała dać wszystko, o czym marzyłam (marzyłaś), co kojarzę (kojarzysz) z luksusem, swobodą finansową, celebryckością i życiem wypełnionym zabawą bez konsekwencji – co bym zrobiła (co byś zrobiła)? Łatwo i wprost prostacko jest powiedzieć: „Nie, nie skusiłoby mnie to”; łatwo, szczególnie gdy ma się dobrą pracę, przyzwoitą pensję, w miarę ogarnięte życie, udaną relację i jakąś satysfakcję z tej swojej codzienności; łatwo, gdy nie przelicza się każdego grosza jak Louise, gdy nie wykonuje się prac, których się nie lubi albo które się nawet lubi, ale to nie to, to wciąż nie to, o czym się marzyło, gdy nie mieszka się w kiepskiej dzielnicy, w kiepskim mieszkaniu, gdy nie staje się czasem przed wyborem „zapłacić rachunek czy kupić obiad”. Łatwo, gdy nie jest się (albo nie czuje się, że się jest) tak bardzo, absolutnie i ostatecznie na dnie, a wszelkie marzenia, które się miało (i nadal, nieśmiało, ma), wydają się żałosną mrzonką i pretensjonalnym „wanna be” do lepszego świata.

Nie dziwię się Louise, że uległa czarowi Lavinii. Złościło mnie to przez całą książkę, miałam ochotę kopnąć bohaterkę w zadek, warczałam przy czytaniu kolejnych stron – ale nie, nie dziwiłam się i się nie dziwię. I nie umiem winić. W momencie najgorszych dołów psychicznych nawet socjopatyczna smarkula z przerośniętym kontem i przerośniętym ego może się wydać Wróżką Chrzestną albo ucieleśnieniem idealnej przyjaciółki. Do czasu, oczywiście, ale jaki tonący na widok łódki myśli: „Hm, może za trzy dni zacznie przeciekać albo wbije mi się drzazga z wiosła, albo człowiek, który właśnie mnie wyciąga z wody i daje koc, za tydzień spróbuje mnie sam utopić”? Tonący się chwyta – czegokolwiek. Louise chwyciła się Lavinii.

„Obsesja” to książka nieprzyzwoita, bo pokazuje nieprzyzwoitą prawdę: człowiek, który pisze, żeruje na wszystkim, co go spotka; i ze wszystkiego, co go spotka, potrafi czerpać pomysły lub po prostu siłę do pisania. Nie wierzę, by Louise napisała swoje opowiadania bez poznania Lavinii i bez tego wszystkiego, co się wydarzyło; nie dlatego, by do opowiadań tak bardzo czerpała inspirację ze swojej „przyjaźni” i nie tylko dlatego, że dzięki Lavinii poznała parę wpływowych osób, które ułatwiły jej publikację w cenionych magazynach i dotarcie do nagrody literackiej (nawet jeśli to tylko nagroda przyznawana przez czasopismo). Nie, w tym jest coś więcej; cała historia z Lavinią, z bogatą dziewczyną, która wyciska innych ludzi jak cytrynę, a potem, gdy już nie ma ani kropli więcej do wypicia, wyrzuca jak śmieci – cała ta historia musiała stać się dla Louise jakimś impulsem, jakimś energetycznym zastrzykiem do tego, by wreszcie siąść na tyłku i naprawdę pisać zamiast tylko gadać, że się pisze.

„Obsesja” jest też złośliwa. Lavinia pisze swoją „wielką powieść”, a bohaterką tej powieści czyni samą siebie, oczywiście nieświadomie. Nieświadome alter ego autora to najgorsze paskudztwo, jakie może się przy pisaniu przytrafić, bo obnaża w ten sposób wszelkie słabości, małości i śmieszności piszącego. To właśnie dotyka Lavinię: jej bohaterka jest pretensjonalna (jak autorka), nie zna prawdziwego życia (jak autorka), ględzi bez przerwy o „życiu jako Sztuce”, koniecznie przez duże „s”, a najlepiej w ogóle wielkimi literami (jak autorka), robi absurdalne rzeczy (jak autorka) i obraża się, że inni ludzie nie padają na kolana pod wpływem zachwytu, szczęścia i oświecenia (jak autorka). Gdybym chciała być złośliwa (a chcę), stwierdziłabym, że Lavinia jest jak typowa nastoletnia blogerka, która tworzy bohaterkę z własnych marzeń „gdy będę dorosła”, wizji „cool laski” oraz cech, które interpretuje w wypaczony sposób: chamstwo ma oznaczać asertywność, arogancja – pewność siebie, prostactwo – przebojowość, a kompletny brak znajomości realiów – życie zgodne z własnymi standardami. Nastoletniej blogerce wolno, tak jak w ogóle nastolatkom – po to byłyśmy nastolatkami, by mieć choćby przez chwilę taką wizję siebie, choćby po to, by później się do tej wizji zdystansować. Ale Lavinia nie jest nastolatką, chociaż mentalnie tkwi wciąż na poziomie sześciolatki, która na środku sklepu wrzeszczy wniebogłosy „Ja to chcę!” i kopie każdego, kto próbuje ją uspokoić, pocieszyć albo uchronić przed przejechaniem przez wózek z towarem.

Lavinia w ogóle ma wizję „życia jako Sztuki” bardzo pretensjonalną, banalną i kliszową. Recytowanie nago poezji na śniegu w noc sylwestrową, robienie skandalicznych rzeczy, sprawdzanie, czy zrobiło się odpowiednie wrażenie, cieszenie się z „gorszenia prostaczków”, troska o „wyrażanie siebie” przy jednoczesnym absolutnym ignorowaniu innych – to wszystko już było, tak bardzo i do znudzenia. Do Lavinii pięknie pasują słowa Pratchetta: „Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi”. Dochodzi do tego stały (i tym bardziej podkreślający wcześniejsze stwierdzenie) element repertuaru: „Zróbmy sobie selfie i wrzućmy na fejsa, i oznaczmy się, i niech się inni szczycą, że są z nami albo niech się wściekają, że nie są z nami”. Na marginesie, Ty też znasz ludzi, którzy (choćby czasem) tak robią? Ty też należysz do ludzi, którzy (choćby czasem) tak robią? No cóż, być może każdy z nas ma w sobie odrobinę Lavinii.

„Obsesja” jest po prostu przykra – przykra w ten sposób, jakiego czasem potrzebujemy, by coś sobie jeszcze ułożyć w głowie albo przypomnieć sobie, dlaczego to coś zostało ułożone właśnie tam i właśnie tak, gdzie / jak jest. „Obsesja” jest przykra w sposób, w jaki czasem powinna być przykra książka, w sposób trochę zbliżony do swojej bohaterki, Lavinii: z wierzchu piękne okrycie (wciągająca historia w kryminalnych klimatach), pod spodem coś paskudnego, w co, ups, wdepnęliśmy. A może już od dawna w tym paskudztwie tkwimy, i to obiema nogami, tylko dopiero teraz to sobie uświadamiamy? Jak Louise, dla której Lavinia była wdepnięciem ostatecznym, chociaż wcale nie pierwszym. Wdepnięciem, z którego udało się wydostać, ale jakiś ślad i pewien smrodek pozostaną z Louise (na Louise?) do końca. Niestety. Niestety?

A poza tym tak, „Obsesja” jest dobrym thrillerem psychologicznym. Jeśli lubicie dobre thrillery psychologiczne, to jasne, przeczytajcie ją, czemu nie. Ale jeśli fascynuje Was to zatracanie się i siebie, pogrążanie się w konsekwencjach błagalnego „chcę być kimś innym, chcę być kimś lepszym, chcę być taka jak ona”, desperackie próby chwytania kontroli i przyprawiające o zawrót głowy uświadamianie sobie, że nie ma żadnej kontroli, nie ma i nigdy nie było, nie u Was i nie dla Was – to przeczytajcie ją koniecznie. Bo „Obsesja” to przede wszystkim historia o gromadzie ludzi, którzy chcą (mniej niż bardziej wprost) być kimś innym, a ich największa potrzeba egzystencjalna – bycie na ustach innych ludzi, dziś realizowana w formie social mediów – niszczy ich, nawet jeśli nie zawsze tak nagle, spektakularnie i ostatecznie jak Lavinię. Zresztą, kto wie, może Lavinii by się to spodobało, takie zakończenie życia – z rozbitą głową w toalecie jakiegoś klubu, z rąk dziewczyny, którą „uratowała” i która „nie umiała tego docenić”. To na pewno bardziej podnosi statystyki na fejsie niż zwykła, przyzwoita śmierć w „odpowiednim wieku” i „odpowiednim otoczeniu”. Może Lavinii by się to spodobało. Kto wie. Lavinii o to nie zapytamy, bo nie żyje. A Louise nie zapytamy, bo odeszła, zniknęła na którejś ulicy któregoś miasta.

Może minęła mnie wczoraj na ulicy. Ale nie było tego na Facebooku, nie wrzuciłyśmy wspólnie zrobionej selfie, więc nie wiem. I Wy też nie wiecie.

Tara Isabella Burton, „Obsesja”, przeł. M. Słysz, Warszawa 2019.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

 

 

[/fusion_text][/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]