„Bazgrolę więc jestem”. Rozmowa z dr Barbarą Popiel inauguruje cykl autorskich felietonów. Tym samym oficjalnie otwieramy rubrykę „Bazgrolnik”

Barbara Popiel, Dziekan Wydziału Nauk Stosowanych na WSH TWP w Szczecinie, doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, wykładowca, naukowiec, pracownik teatru, edukatorka, redaktorka i korektorka, blogerka, twórczyni warsztatów dla dzieci, młodzieży i dorosłych, czasem tłumaczka. Wielbicielka książek, języków obcych, blogosfery i herbat, wielbicielka psów, kryminałów, kapeluszy i robienia list. Rozmawiam z dr Barbarą Popiel, miłośniczką kryminałów Agathy Christie, słodkości, greki, słowa w jego pełnej krasie i… niebotycznie wysokich szpilek.

AB: Pisze Pani o sobie w swoim „Pasjonantniku”, że jest w szczęśliwym związku z jednym facetem, jednym psem, jedną świnką morską i tysiącami książek. Fanka życia według porządnych i racjonalnych list. Zaczniemy więc od nich. Co zrobić, aby były skuteczne? Sporządzić spis zadań jest już wyzwaniem, do tego listy nie można zgubić, a na koniec trzeba zrealizować. To bardzo dużo?

BP: Przede wszystkim trzeba dobrać listę do tematu. Ja przez długi czas robiłam banalnie proste listy. Wyglądały trochę jak listy zakupowe, nie hierarchizowały. Potem przeczytałam książkę „Najpierw rzeczy najważniejsze” Stephena R. Coveya – o rzeczach pilnych i ważnych. Dzieli się kartkę na cztery części:

1. Ważne i pilne –  to ćwiartka, która zazwyczaj skupia większość naszej aktywności. Są tu ważne telefony, spotkania, zadania z wyznaczonym terminem. Tymi sprawami trzeba się zająć natychmiast i nie można z nich zrezygnować. Zadań z tej ćwiartki oczywiście nie da się uniknąć, jednak ludzie pochłonięci tylko nią żyją w stresie, pośpiechu i ciągłym zdenerwowaniu.
2. Ważne i niepilne – ćwiartka najważniejsza ze wszystkich. Są to sprawy, które mają największy wpływ na osiąganie naszych celów, jednak nie są sprawami pilnymi i możemy je odłożyć na później. Niestety w większości przypadków tak właśnie się dzieje, przez co rzadko kiedy decydujemy się zabrać za coś dla nas ważnego.
3. Nieważne i pilne – czynności, których całkowicie pozbyć się nie możemy, bo na przykład rachunki muszą być opłacone, ale nie powinno się poświęcać im zbyt wiele energii. Jeśli można – przekażmy je komuś innemu lub najzwyczajniej powiedzmy „nie”. Zazwyczaj wydaje się, że są to rzeczy ważne, ale tak nie jest. Zabierają dużo czasu, a nie mają żadnego wkładu w rozwój naszych celów. Jeśli chce się poznać, czy dane zadanie jest w tej ćwiartce, wystarczy, jeśli wtedy, gdy coś nagłego się pojawia, zapytamy siebie: „Czy to zadanie wniesie coś do osiągnięcia mojego celu?”. Gdy odpowiedź brzmi „Nie”, trzeba się zastanowić nad zrezygnowaniem z tej czynności albo nad tym, jak wykonać ją możliwie najmniejszym kosztem naszego czasu i naszej energii.
4. Nieważne i niepilne – wielogodzinne przeglądanie Facebooka, oglądanie telewizji i podobne. W tej ćwiartce znajduje się rozrywka, która ma charakter pożeracza czasu – nie rozwija, po prostu pomaga zabić czas albo się „odmóżdżyć”. Nie można oczywiście całkowicie rezygnować z tej ćwiartki (chyba każdy lubi się trochę odmóżdżyć), ale często spędzamy w niej zdecydowanie zbyt dużo czasu, zwłaszcza gdy dopada nas prokrastynacja.

Dla mnie najważniejsza jest ćwiartka druga: „ważne i niepilne”. Nie będzie katastrofy, gdy natychmiast nie wykonam spraw z tej ćwiartki, ale gdy o nich myślę, pojawia się dreszcz emocji, uczucie przyjemności, błogości. Tam właśnie trzymam swoje marzenia. Aby się realizować na czas, staram się ograniczać ćwiartkę czwartą, trzecią ogarnąć na bieżąco, robić to, co w pierwszej, a to, co z drugiej, przenoszę regularnie do pierwszej. Ot i cała filozofia – wydawałoby się…

AB: Czy to u Pani działa bez zarzutu? Proszę dać mi nadzieję i powiedzieć, że czasem się nie chce, nie uda, że nie jest tak pod linijkę, idealnie…

źródło: http://projectmanagerka.pl/czy-mind-mapping-ma-zastosowanie-w-biznesie/

BP: Oczywiście, że nie! I są dni, kiedy działam bez kartki (śmiech). Albo prawie niczego z tej kartki nie załatwię… Aktualnie ćwiartki trochę mi się przejadły, jest to dobra metoda na początek porządków w życiu, aby poukładać pewne rzeczy, zaległości i sprawdzić, w jakim miejscu się znajdujemy, trochę jak inwentaryzacja życia. Teraz jestem na etapie robienia mapy myśli – formy notatki nielinearnej. Stosowana jest ona między innymi przy nauce szybkiego czytania. Moją mapę myśli tworzę, spisując w danym miesiącu obszary, którymi zamierzam się zająć, na przkład: praca zawodowa, sprawy prywatne, rozwój, zadbanie o siebie….. Wygląda to trochę jak pająk z wieloma odnogami i ich odnogami. Mapę myśli najlepiej robić kolorami, wówczas mózg lepiej widzi i zapamiętuje. Robię to zawsze na początku roku, miesiąca, tygodnia – i od razu widać, co aktualnie dominuje, na przykład praca czy rozrywka, widać równowagę lub jej brak.

AB: Zawsze była Pani osobą tak bardzo uporządkowaną?

BP: Nie. Z natury jestem bałaganiarą i właśnie dlatego pojawiła się potrzeba robienia list. Mam skłonność do zostawienia spraw na skrajnie ostatnią chwilę, poza tym szybko i sprawnie robię bałagan, ale równie ekspresowo sprzątam. Co nie znaczy, że to lubię. Wolę spektakularne efekty, więc gdy jest w miarę czysto, powstrzymuję się i czekam na bałagan (śmiech). Niektóre kobiety rozpoczynają od umycia kilku szklanek w zlewie, a kończą o drugiej w nocy na podlewaniu kwiatów i myciu szafek kuchennych – kosztem czasu dla siebie. Rodzą się frustracje.

AB: I właśnie tu jak najbardziej warto zastanowić się, gdzie wpisać te kilka szklanek, w którą ćwiartkę?

BP:  Właśnie. Takie listy pozwalają sobie spriorytetować, co jest ważniejsze: wypranie spodni czy na przykład napisanie artykułu. Może akurat w tej chwili te niezbyt czyste spodnie nie będą najważniejsze. A może jednak będą – to zależy od sytuacji. Bo to listy są dla nas, nie my dla list. Jakiś czas temu się o tym przekonałam. W połowie liceum zrobiłam listę książek, które muszę przeczytać. Była przerażająco obszerna. Potem robiłam taką listę co roku, ale to niebezpieczne. Przy planie 100 książek na rok, gdy mój standard to 100-150 przeczytanych, robi się zamieszanie, bo w międzyczasie pojawiają się pozycje spoza listy, nieplanowane i wpada się w pułapkę. Dla przykładu lubię wracać na przykład do Aghaty Christie. Po lekturze jestem szczęśliwa, ale lista nie jest zrealizowana. Teraz nie robię listy książek do przeczytania. Jest mi z tym lepiej, bo nie wywieram na siebie presji.

Czytanie jako forma zadaniowa jest przydatne, ale nie zawsze komfortowe. Zawodowo bywa potrzebne, ale prywatnie męczy, nie daje luzu.

BP: Kariera naukowa. Umysł humanistyczny, pożeraczka książek, skąd  akurat ta droga życiowa? Były inne pomysły na życie?

BP: Zawsze dużo czytałam, natomiast w dzieciństwie chciałam zostać kosmonautką, policjantką, nosić mundur i strzelać z broni. To były raczej nierealne marzenia. Pojawiały się też bardziej realne, ale nie przetrwały. Był moment, gdy sądziłam, że będę piosenkarka, ale głosu niestety nie mam. Śpiewałam na urodzinach u koleżanki jakąś piosenkę i koleżanki gotowe były zrobić wszystko, bym przestała. Potem podjęłam jeszcze próbę w domu, zaśpiewałam rodzicom „Cichą noc” po grecku. Rodzice stanowczo powiedzieli, że lepiej, abym więcej nie śpiewała… Miałam być też nauczycielką i mangaczką – fascynowała mnie japońska manga i chciałam rysować, ale to również nie była moja domena. Potem, gdy dorastałam, przyszedł czas na marzenia o byciu reżyserem filmowym, a to ostatecznie pokazało mi właściwą drogę. Myślę słowem, nie obrazem. Życie więc zweryfikowało moje marzenia.

Na myśl o studiach z czytaniem, pisaniem, czyli filologii, czułam dreszcz emocji.

AB: Po studiach zdecydowała się Pani na karierę naukową, co raczej było do przewidzenia….

BP: Przyszły studia, potem naukowa kariera. Przez pewien czas współpracowałam z Uniwersytetem Szczecińskim: prowadziłam zajęcia dla studentów i zajęcia językowe dla dzieci w ramach projektu „Mały poliglota”. Jednak od obrony doktoratu moim głównym miejscem naukowym jest Wyższa Szkoła Humanistyczna Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w Szczecinie.

AB: Nauki stosowane na uczelni humanistycznej, zagadkowo brzmi?

BP: Nauki stosowane jako nauki powiązane z przestrzenią humanistyczną, przełożone na bardzo praktyczny grunt. Mamy między innymi kryminologię, bezpieczeństwo i higienę pracy, pedagogikę (na drugim wydziale), zarządzanie kryzysem indywidualnym, właśnie uruchamiamy psychologię. Jednym słowem, to humanistyczny charakter nauki zastosowany w praktyce.

AB: Czyli to, czego dziś najbardziej brakuje: synergia ogromnego potencjału nauk humanistycznych uznawanych za niepraktyczne, nieżyciowe, właśnie z… praktyką?

BP: Tak. Jest bardzo duże zainteresowanie tym, bo studenci, mówiąc banalnie, zdobywają zawód, ale takie studia pozwalają wykorzystać wiedzę dotychczas uznawaną za niepraktyczną lub mniej praktyczną. Studia na mojej uczelni pokazują, jak szerokie zastosowanie ma humanistyka we współczesnym świecie. To podejście otwiera na różnorodne formy pracy. Jeśli, rzecz jasna, kierunek wybrany jest z zamiłowania.

Ja na filologię polską szłam z absolutnej pasji, z miłości, jak człowiek zakochany do ślubu.

AB: Spotykamy się w momencie dla Pani kluczowym. Świeży awans, praca naukowa, pewnego rodzaju spełnienie w bardzo młodym wieku. W zarządach firm, uczelni jednak nadal jest zdecydowanie więcej mężczyzn aniżeli kobiet, do tego można ująć, dość wiekowych. Jak Pani to postrzega … oczami kobiety?

BP: Ja zostałam doceniona za wcześniejsze działania i współpracę z uczelnią mimo młodego wieku. Jestem najmłodszym dziekanem na tej uczelni i być może w Szczecinie.

AB: Czy czuje Pani związaną z tym presję, dyskomfort, tzw. oddech na plecach?

BP: Nie przeszkadza mi to. Przeważnie byłam najmłodsza: studia magisterskie zrobiłam w cztery lata, doktorat w trzy, gdy się broniłam, miałam ledwo skończone 25 lat. Nawet ktoś kiedyś podobno stwierdził, że powinnam jeszcze kilka lat poczekać z obroną … ze względu na wiek… Stałam się najmłodszym doktorem na wydziale i jednym z młodszych na uczelni. Nigdy nie czułam z tego powodu negatywnych emocji. Wręcz odwrotnie: docenienie i może trochę podziw. To bardzo przyjemne uczucie.Tłumaczenie traktatów łacińskich było  cudowną sprawą…

Temat pracy doktorskiej: Gerharda Johanna Vossiusa „Podstawy retoryki” – opracowanie i tłumaczenie – traktat neołaciński z XVII wieku. Holenderski retor, sięgali po niego głównie przedstawiciele protestanckiej części Polski, ale był ceniony przez katolickich humanistów (wybory te często były głównie ideowe, tak jak np. wybór uczelni – ówcześni katolicy studiowali raczej na jednych uczelniach, protestanci na drugich. Traktat Vossiusa nie był dotąd tłumaczony, ja go przetłumaczyłam).

AB: Nie jest łatwo mi w to uwierzyć ale idźmy dalej. Jest stanowisko, kobieta, najmłodsza, do tego dołożymy sposób noszenia się, bardzo seksowny, kobiecy, dekolt, wysokie szpilki. Jest Pani przykładem, że nie musimy zapominać o kobiecych atutach i je ukrywać, a mimo to można wzbudzać szacunek, podziw, atencję intelektualną. Często kobieta epatująca swoją kobiecością jest postrzegana jako słaba, mało inteligentna. Jest nawet takie powiedzenie: albo ładna albo mądra. Czy był kiedykolwiek dyskomfort, podśmiewanie się, negatywne traktowanie przez dystyngowane grono naukowe?

BP: Tak, tak, „Legalna blondynka” w różu. Dobry przykład stereotypowego myślenia o kobietach. Ja akurat nie spotkałam się nigdy z represjami z tego powodu. Staram się jednak stosować work dress code. Te dekolty czy spódnice są inne w pracy, a inne poza nią. Fakt, jeśli chodzi o moje szpilki, że czasem ktoś zażartuje, ale raczej przyjaźnie. Dyrektor z Teatru Lalek „Pleciuga” czasem podśmiewa się – mówi, że zabroni mi nosić tak wysokie buty, bo na tych korytarzach i z moim przyspieszeniem jest to zwyczajnie niebezpieczne. Wówczas odpowiadam, że to dyskryminacja „orientacji butowej”. Czasem są także komentarze ze strony koleżanek, ale to raczej podziw lub niepokój, że/czy daję radę (śmiech).

…jestem w stanie biegać w 13-centymetrowych szpilkach…

AB: Personalnie kobiety wobec siebie, w pracy często stoją w opozycji, są sceptyczne, zazdrosne o ubiór, urodę, osiągnięcia. Czuła Pani  niechęć ze strony kobiet, bo ładniejsza, mądrzejsza, lepiej ubrana, odważna i do tego awansuje?

BP: Mam wrażenie, że nie, choć w mojej ocenie my, kobiety, jesteśmy kulturowo i społecznie tak ukształtowane. Ciągle się porównujemy biust, biodra, włosy… to jest coś do, czego się przyzwyczajamy, szczególnie w okresie liceum i studiów. W trakcie mojego studiowania na wydziale filologii nastąpiła miła odmiana. Było nas ze 150 bab, a tylko kilku chłopaków. Chcąc nie chcąc wróciłyśmy do „epoki piaskownicy”, czyli udanego funkcjonowania w damskiej grupie, bo najważniejsza stawała się jednak współpraca. To było świetne doświadczenie. W codzienności zawodowej bywam w trochę zabawnej sytuacji, bo nie wyglądam na swój wiek i na początku często traktuje się mnie w myśl zasady: „małe, młode, co ono może”. Dopiero potem następuje zaskoczenie. Nie cierpię natomiast stereotypu, że najgorszymi szefami są kobiety. Ja doświadczyłam czegoś innego i mam nadzieję, że mnie też tak nie będą oceniać. Lubię pracować z kobietami i bardzo cenię kobiety jako pracowników.

AB:  Jednak jest coś w tym, że w mieszanym towarzystwie jest łatwiej niż w zupełnie jednorodnie kobiecym. Kobiety i mężczyźni łagodzą wzajemnie obyczaje, jednolite płciowo środowisko może nie dawać wystarczającego oglądu.

BP: Tak, mieszany zespół wydaje się lepszy. Wszędzie można natknąć się na scysje, starcia nie da się tego uniknąć. Obecność podobnej liczby przedstawicieli obu płci ma dużo dobrych stron. Natomiast powiem tak: sama ani zawodowo, ani na studiach nie odczułam powątpiewania w moje kompetencje ani ze względu na wiek, ani na płeć. Widać miałam szczęście.

…zawsze robię tyle, ile potrafię i coś więcej, niż zakłada szablon

Moje obecne stanowisko jest dowodem na to, że osoby, które mi to zaproponowały (kobiety i mężczyźni), nie miały kłopotu z moją płcią ani wyglądem czy wiekiem. Uznano, że to, co mogą ode mnie dostać jako współpracownika, broni się samo.

AB: Aż się boję zapytać: kiedy Pani żyje, w kontekście prywatnym? Czy jest dziś taka sfera w Pani życiu?

BP: Trochę mniej się udaje w tygodniu roboczym, bardziej w weekendy, choć wtedy też często pracuję. Staram się dbać o harmonię, mimo że na razie zawodowa praca przeważa. Wydrapuję w ciągu dnia chwile dla siebie. Choćby dwa zdania z książki przeczytać lub coś zjeść. Niestety często to robię nad klawiaturą, co z punktu BHP jest bardzo niedobre i dla mnie, i dla komputera. Staram się mieć tę chwilę rano w domu przy śniadaniu.

AB: …i co, potem cały dzień dieta cud?

BP: Raczej nie. Z prostej przyczyny: gdy jestem głodna, jestem wściekła i bardzo niebezpieczna w tej wściekłości.

AB: Mamy zatem radę dla współpracowników i studentów: gdy chcą z Panią dobrze żyć, należy zawsze mieć przy sobie jakieś choćby ciasteczko dla Pani ?

BP: To byłaby forma łapówki. Może polecę raczej nie wchodzić mi w paradę, kiedy siadam i jem (śmiech). Forma sportu – spacer z psem.

AB: Zdaniem niektórych naprodukowaliśmy humanistów w nadmiarze, niektórzy się do niczego nie nadają. Czy humanista może być poszukiwanym na rynku pracy specjalistą?

BP: Niedocenianie go jest niebezpieczne… Wykształcenie humanistyczne jest pewną i niezbędną podstawą. Bez niej świat by nie istniał.

Jeśli skasujemy rzeczy ogólnie określane jako niepraktyczne: książki, film, muzykę, zostaniemy barbarzyńcami. Cywilizacja, w której nie ma poszanowania dla wartości humanistycznych, zaczyna prędzej czy później upadać.

To, co mamy, nie wzięło się z niczego. Człowiek posługujący się od tysięcy lat słowem pisanym korzystał z przekazów kultury, tworzył świadomość kulturową i cywilizacyjną. Bez literatury, poezji i prozy pismo nie rozwinęłoby się tak, by można było formułować na przykład pojęcia abstrakcyjne.

AB: Jak więc przekonać świat biznesu, że humaniści są niezbędni?

BP: Humanista uczy się non stop, jest otwarty i chętny, poszerza horyzonty; wykształcenie humanistyczne to wykształcenie, które uczy pokory i samodzielności. Wielką wartością jest wypracowany samodzielnie, dzięki pisaniu, czytaniu i dyskutowaniu, wysoki poziom kompetencji interpersonalnych. Czasami pomimo mniejszej wiedzy na dany temat humanista poradzi sobie znakomicie, bo potrafi przełożyć luźny pomysł na historię i opowiedzieć o projektach wymagających opisów niebanalnych. Humaniści to liderzy, którzy ciągną za sobą ludzi.

AB: Z tą refleksją zostawimy nasze czytelniczki. Bardzo dziękuję za rozmowę.

BP: Dziękuję

Rozmawiała: Agata Baryła

foto: archiwum prywatne Barbary Popiel

mapa myśli: : www.projectmanagerka.pl