Padłaś, powstań, podnieś koronę… Dobre sobie! Nie chce mi się „jakoś”!

Gdy jest się w domu trzeci tydzień, absolutnie jest to moment, kiedy mózg zaczyna się zastanawiać czy stan lenistwa i ogólnego rozleniwienia nie jest stanem pożądanym? Jest to moment, kiedy kończy się Netflix, bo internet dawno się już skończył. Jest to moment, kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy jest możliwość wysłania do roboty pozawerbalnego, symptomatycznego, somatycznego komunikatu, intensywnie, dotkliwie informującego także Ciebie,  że:  NIE CHCESZ WRACAĆ DO PRACY! TEJ PRACY!

Jest to czas, kiedy po szczęśliwym udanym, dobrym weekendzie, nastał niedzielny wieczór. Wszystkie dolegliwości wracają, a w poniedziałek, wstajesz i stwierdzasz, że jeszcze nie jesteś na tyle zdrów by pracować. Jest to moment kiedy czujesz wewnętrzną pustkę i zastanawiasz się co jesteś w tym życiu warta? Czy coś faktycznie poszło nie tak?

Jest to moment, kiedy milczenie firmowego telefonu, już nie martwi tylko cieszy.

Jest to moment gdy:
– piżama w kratę wydaję się całkiem ciekawym garniturem,
– makijaż wydaje się zbędny, zupełnie niepotrzebny,
– brzydota, zaczyna być w pełni akceptowalna,
– prysznic i umycie zębów wydaje się być w zupełni wystraczające.
Sytuacja, w której oglądając siedem sezonów, serialu z nie najwyższej półki jakim jest np. “Idealna żona” – zaczynasz utożsamiać się z bohaterami i realnie smuci Cię śmierć jednego z bohaterów.

I niby samoświadomość wysoka. Tylko co zrobić, gdy wszystko wiesz, a nie masz mocy by to zrobić?
Hasła którymi karmisz świat od lat: “zepnij dupę”, “przestań się smarkać”, „ i wyświechtane „powstań, podnieś koronę i zasuwaj”  już wcale nie działają.

Nic już nie działa. Żadna z dotychczasowych znanych mi metod motywowania. Karmienie się ideałami, które dawno nie mają już podstaw żeby w nie jakkolwiek wierzyć. Co w momencie, kiedy przestaje, się już marzyć? Co w sytuacji gdy wszystkie marzenia, zaczynają być błahe i nic nie warte.

Ot taki na dziś jest mój stan.
Niby mam ręce, nogi, głowę i nawet szpaler równych, białych, doinwestowanych zębów.

A ja zwyczajnie czekam na ratunek. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że powinnam uratować siebie sama. Że muszę odnaleźć gdzieś wewnątrz siebie siłę by wstać i znowu:
– zacząć marzyć,
– zacząć chcieć, a nie musieć
– zacząć działać,
Wystarczyło po prostu zachorować, wypaść na chwilę z machiny, toczącego w pędzie koła, żeby móc pomyśleć i przestać chcieć by było „jakoś”.

Nie chce „jakoś”.
Już nie…

Kobieta